Minęła właśnie 33. rocznica protestów studenckich zwanych Marcem `68. Wiele rzeczy umyka z pamięci, weszły w dorosłe życie nowe pokolenia. Myślę, że Czytelników "Pryzmatu" zainteresują wspomnienia z tego okresu absolwenta PWr, który był nie tylko uczestnikiem, ale także organizatorem strajku okupacyjnego na naszej uczelni.
Czy mógłby Pan opisać panującą wśród studentów atmosferę poprzedzającą te wydarzenia?
Tę atmosferę znam z akademika, bo mieszkałem wtedy w T-2. Już kończyłem
studia. Czekał mnie tylko egzamin magisterski. W tym czasie nie zajmowałem się
specjalnie polityką, ale w domach studenckich prowadziliśmy nieustanny nasłuch
Wolnej Europy, która pełniła bardzo ważną rolę informacyjną. Właśnie
stąd dowiedzieliśmy się o wstrzymaniu inscenizacji "Dziadów", o demonstracjach
w Warszawie, o pobiciu studentów. Padały też nazwiska aresztowanych:
Schleifera, Michnika. Panował ogólny niepokój i rodziło się poczucie
solidarności, które doprowadziło do wiecu na Politechnice Wrocławskiej.
Dwunastego marca po południu w auli zgromadzili się studenci i pracownicy
uczelni. Sala była wypełniona do ostatniego miejsca. Posłańcy z Warszawy
przywieźli najświeższe wiadomości. Pamiętam Wojtka Myśleckiego, który
relacjonował przebieg wydarzeń warszawskich. Potem podjęto próbę uchwalenia
deklaracji. Uchwalone postulaty, których dokładnie teraz nie pamiętam
sprowadzały się do tego, że żądaliśmy uwolnienia aresztowanych studentów i
opublikowania w miejscowej prasie naszej deklaracji oraz opisania całej prawdy
o wydarzeniach w Warszawie. W przypadku nieukazania się tego komunikatu do 14
marca miał być proklamowany strajk okupacyjny. Obecni na tym zebraniu
przedstawiciele różnych oficjalnych czynników usiłowali nakłonić zebranych do
unikania ostrych sformułowań typu "prasa kłamie" i proponowali umieszczenie w
tekście "państwowotwórczych" treści.
Środa była dniem oczekiwania na informacje w prasie. Ponieważ to jednak nie nastąpiło, więc w czwartek (14 marca) po południu studenci z akademików T-1, T-2, T-3 i T-4 (mieszczących się na pl. Grunwaldzkim) wyposażeni w sprzęt turystyczny ruszyli na strajk okupacyjny. Pochód długości 30 -50 metrów przeszedł spod T-2 z ogromnym transparentem "Prasa kłamie" do gmachu Politechniki. Pamiętam, że na czele szli profesorowie z Wydziału Elektroniki (dawniej Łączności): Marian Suski, Zbigniew Żyszkowski i Tadeusz Tomankiewicz. Ich obecność dawała nam przekonanie, że profesura popiera nasze działania i sympatyzuje z nami. Zdawaliśmy sobie sprawę, że chodzi o sprawy zasadnicze, bliskie każdemu otwartemu i myślącemu człowiekowi.
Jak zostali wyłonieni przywódcy strajku?
Powiedziałbym, że przypadkowo i spontanicznie. Były to osoby popularne w środowisku studenckim, które miały zdolności organizacyjne, często pełniące jakieś funkcje w organizacjach studenckich. Taką osobą była Kasia (Konstancja) Surmacz, w owym czasie studentka Wydziału Elektrycznego, która miała znajomych w różnych ośrodkach w Polsce, więc wysyłała tam nasze koleżanki i kolegów, żeby uzyskać jak najświeższe i wiarygodne informacje. Ona była łącznikiem i organizatorem naszych kontaktów zewnętrznych. Ja wszedłem do Komitetu Organizacyjnego, gdyż jako szef Komisji Turystyki ZSP na PWr miałem duże doświadczenie zdobyte przy organizacji rajdów. W sposób naturalny skierowano więc do mnie sprawy związane z organizacją pobytu tak dużej ilości ludzi na strajku. W ramach dwóch zespołów troszczyliśmy się o kuchnię i recepcji, sanitariaty, wpuszczanie i wypuszczanie ludzi z budynku, który był zamknięty ze względu na możliwość prowokacji. Do naszego zespołu, dołączyły osoby z innych uczelni i w ciągu kilku godzin powstał komitet międzyuczelniany. Stał się on komitetem "politycznym", który synchronizował działania strajkowe na różnych uczelniach, wydawał odezwy, a potem redagował ulotki. Jego zadaniem była też kontynuacja działań związanych z naszymi postulatami, doprowadzenie do opublikowania pełnej informacji o wydarzeniach w Warszawie, a potem już także o zdarzeniach w innych ośrodkach akademickich, np. o ataku sił bezpieczeństwa na Uniwersytet Jagielloński. Tak, że mój akces wynikał ze zdolności organizacyjnych, a potem już trzeba było to ciągnąć.
A jak przebiegał strajk?
Zaczęło się piknikowo. Jeszcze wtedy nie wiedzieliśmy, że będą na nas tak duże naciski. W pierwszej części najważniejsza była sprawna organizacja i zapewnienie bezpieczeństwa. Czekaliśmy na opublikowanie naszych postulatów. W nocy , w auli ktoś grał utwory Chopina. Po jakimś czasie atmosfera jednak zaczęła się zmieniać. Myślę, że działali tu różni prowokatorzy, który zaczęli rozpowszechniać informacje o zbliżającym się ataku milicji. Około pierwszej w nocy nastąpił taki popłoch, że zaczęliśmy się obawiać paniki. Udało się jednak opanować tę sytuację, ale na nas (czyli na Komitet Organizacyjny) nieustannie naciskano, by zakończyć strajk i wyprowadzić ludzi. Nie chcieliśmy tego zrobić, chociażby ze względu na krążące dookoła PWr samochody milicyjne. Nie byliśmy pewni, czy osoby wychodzące z budynku nie zostaną pobite przez siły bezpieczeństwa, więc postanowiliśmy "okopać" się w gmachu uczelni. Mieliśmy przygotowane wyjście awaryjne kanałami podziemnymi, co w razie zagrożenia pozwoliłoby wyprowadzić ludzi. Na wartowni (wejście przy starym budynku elektrycznym) sprawdzano legitymacje studenckie osobom, które wchodziły do budynku i aby uniknąć prowokacji, ograniczono ruch zarówno na zewnątrz, jak i do wewnątrz. Strajk skończył się w sobotę około godz. 14.00 i wtedy w ordynku opuściliśmy teren PWr całą dużą grupą. A więc wytrwaliśmy do końca, nie ulegliśmy presji i nie uciekliśmy. Wszystko odbyło się tak, jak zostało zaplanowane.
Jakie stanowisko zajęły władze Uczelni?
To się zmieniało w czasie. Poparcie Rektora Z. Szparkowskiego i jego otoczenia bywało mniej lub bardziej jawne. Czuliśmy je, choć nie było wyrażane praktycznie. Oczywiście nie było to zachęcanie nas do protestu. Podczas pierwszej części strajku spotykaliśmy się z gestami wyrażającymi dużą sympatię zarówno ze strony personelu uczelni, jak i samego Rektora. Po delegalizacji strajku i wydaniu nakazu opuszczenia uczelni, nie mogli już oni w żaden sposób oficjalnie nas popierać, ale czuliśmy, że profesura w zasadniczych sprawach stoi po naszej stronie. Nie da się tego powiedzieć o Komitecie Uczelnianym PZPR, który pełnił rolę straszaka. My, jako Komitet Organizacyjny, przygotowaliśmy spotkania z członkami tego komitetu, podczas których byliśmy narażeni na agresywne ataki i oskarżenia o zamach na władzę ludową.
Komu przekazywaliście swoje postulaty?
Po pierwszym wiecu skierowaliśmy je do władz PWr, a więc i do KU PZPR. Miały być one przekazane prasie. Natomiast te, które były publikowane w formie ulotek przez Międzyuczelniany Komitet Strajkowy, zostały przedstawione przedstawicielowi Komitetowi Wojewódzkiemu PZPR panu Rafajłowiczowi na spotkaniu, które odbyło się w gabinecie Rektora parę dni po strajku. My byliśmy bardzo idealistyczni i działaliśmy otwarcie, nie ukrywaliśmy się. Uważaliśmy, że jeśli powiemy Partii, o co nam chodzi, to ona zareaguje na to pozytywnie. Niestety, nie było żadnej reakcji ze strony władz partyjnych.
Strajk okupacyjny się skończył, a wasze żądania nie zostały spełnione. Czy zdecydowaliście się na kontynuację działań?
Ukonstytuowany w czasie strajku Międzyuczelniany Komitet Strajkowy postanowił spotykać się dalej, aby doprowadzić do realizacji postulatów studenckich. Właśnie z tego komitetu wyłoniła się najpierw piątka a potem trójka redakcyjna. W jej skład oprócz mnie wchodzili: Władek Sidorowicz i Jurek Jerych. Spotykaliśmy się w różnych miejscach Wrocławia by redagować ulotki protestujące przeciwko niemożności publikacji naszej deklaracji w prasie oraz donoszące o wydarzeniach w innych ośrodkach akademickich. Generalnie nie miało to dalekosiężnego celu. Chodziło o przekazanie pełnej informacji opinii publicznej, tym bardziej, że wokół tych wydarzeń została rozpętana histeryczna nagonka wprowadzająca elementy antysemickie. W prostocie serca czuliśmy, że jest to naciągane, a atak jest niewspółmierny do faktów.
Jakie konsekwencje ponieśli uczestnicy i organizatorzy strajku?
Pierwsza była aresztowana Kasia Surmacz (PWr). Prawie w tym samym czasie został zatrzymany Władek Sidorowicz (AM). Mnie aresztowano 26 marca, czyli 8 dni po zakończeniu strajku, a Jurka Jerycha (WSSP) - w kwietniu. Kasi postawiono zarzut o naruszenie podstaw ustroju, co wiązało się z karą nie mniejszą niż 8 lat pozbawienia wolności. Ponieważ nie udowodniono jej tego, prawomocnym wyrokiem została uniewinniona. Jednak została wyrzucona z uczelni, a pobyt w więzieniu (przy ul. Kleczkowskiej) odbił się poważnie na jej zdrowiu. My odpowiadaliśmy z artykułów porządkowych z przedwojennego kodeksu karnego i byliśmy oskarżeni o tworzenie organizacji, której ustrój miał pozostać nieznany dla oficjalnych władz. Mimo że niewiele nam udowodniono, przesiedzieliśmy w więzieniu do września, czyli pół roku. I właśnie skazano nas na pół roku, w zawieszeniu.
W innych przypadkach było to zazwyczaj relegowanie z uczelni lub przerwa w studiach. Mnie się udało, ponieważ moja praca magisterska była już oddana, a ostatniego dnia strajku miałem zdawać egzamin dyplomowy. Jako członek Komitetu Organizacyjnego nie mogłem opuścić budynku, więc umożliwiono mi zdanie tego egzaminu w poniedziałek. Dzięki memu ojcu, który zdążył odebrać dyplom z dziekanatu zaraz po moim aresztowaniu, więc miałem prawo posługiwać się stopniem magistra inżyniera. Natomiast było wielu studentów ostatniego roku studiów, którym wstrzymano wydawanie dyplomów chyba na dwa lata i wobec urzędu zatrudnienia byli tylko inżynierami. To wiązało się z niższym uposażeniem.
Wiem, że był Pan bardzo dobrym studentem i jeszcze przed strajkiem
proponowano Panu pracę na PWr. Jak udział w wydarzeniach marcowych wpłynął na
Pana karierę zawodową?
Po wyjściu z więzienia zostałem oddany do dyspozycji pełnomocnika ds. zatrudnienia działającego na PWr. Dostałem nakaz pracy do "Elwro" na trzy lata. Można powiedzieć, że zostałem łagodnie potraktowany w porównaniu z innymi, bo w tym czasie był to najnowocześniejszy zakład elektroniczny w Polsce. Na początku trafiłem do wydziału, na którym uruchamiano Odrę 1204, a potem 1304. Później przez kilka lat byłem członkiem zespołu konstruującego procesor Riada. Była to wielka przygoda dla absolwenta Konstrukcji maszyn matematycznych.
Po czterech czy pięciu latach interesowałem się możliwością zatrudnienia na PWr. Nieoficjalnymi kanałami dowiedziałem się, że mógłbym być przyjęty z zastrzeżeniem, że nie mogę pełnić żadnych funkcji dydaktycznych (w tym czasie rektorem był prof. Tadeusz Porębski, który w czasie marca `68 był przeciwny strajkowi). Czyli mógłbym zostać jedynie pracownikiem technicznym.
Czy angażował się Pan jeszcze w działalność polityczną?
Po wyjściu z więzienia straciłem kontakty z dawnymi kolegami i nie zajmowałem się polityką. W 1970 roku w czasie rozruchów na Wybrzeżu wzywano mnie na SB i ostrzegano przed podejmowaniem działalności opozycyjnej. W okresie tworzenia się "Solidarności" zaangażowałem się tak, jak wielu Polaków, no i tak, jak wielu porządnych ludzi - zostałem internowany w stanie wojennym.
A jak Pan ocenia te wydarzenia i sposób ich przedstawiania w mediach po przeszło trzydziestu latach?
Zawsze budziło moje zdziwienie, i zresztą nie tylko moje, że Marzec '68 bardzo długo otoczony był jakąś tajemnicą. Nawet po odwilży, gdy mówiło się ze szczegółami o wydarzeniach roku 1970 czy 1976. A potem wyłonił się jednostronny i bardzo warszawski obraz tych studenckich protestów. Ciągle pojawiają się tam nazwiska, które odpowiednio użyte, mogą się kojarzyć z semityzmem lub antysemityzmem. Podkładane są tu różne treści, które w moim przekonaniu nie miały miejsca we Wrocławiu. Tutaj protesty były spowodowane przez głębokie poczucie solidarności studenckiej. Był to spontaniczny odruch. My widzieliśmy straszne zakłamanie mediów i nie godziliśmy się z tym. Wierzyliśmy, że działając w sposób otwarty zmienimy to. A tu zostaliśmy "zapudłowani". Był to kubeł zimnej wody i na zawsze zostało przekonanie, że polityka jest brudna. Nasz protest był po prostu obroną ogólnie uznawanych wartości.
Dziękuję za tą rozmowę, na którą trudno mi było Pana namówić.
Rozmawiała Hanna Waśkowska
fot. Sławomir Szrek (zdjęcie aktualne)